Parafia
kosciol-gdynia-mikolaja-168 Parafia pw. Św. Mikołaja, ul. Św. Mikołaja 1 >>>
Ognisko spotyka się dwa razy w miesiącu. Informacje o spotkaniu są umieszczane na stronie kilka dni przed spotkaniem. Opiekunem Ogniska jest ks. Proboszcz Jacek Socha
Archidiecezja Gdańska >>>
Stowarzyszenie OPP
program do pit - darmowy

Bez kategorii

Tradycyjnie po Mszy Św. o godz. 18:30 udaliśmy się do salki na spotkanie. Nasz Opiekun Duchowy Ks. Jacek Socha podzielił się pięknym świadectwem, na które natknął się w czasopiśmie „W drodze”. Opowiada piękną historię miłości, w której widzimy jak dużą wartością jest świadectwo życia, które może zdziałać cuda…Niezbadane są drogi Boga do człowieka i zadziwiające Jego dzieła…

 

TO TYLKO MIŁOŚĆ 
„Uświęca się bowiem niewierzący mąż dzięki swej żonie” napisał św. Paweł w Liście do Koryntian. Krzepiące słowa. Ale czy rzeczywiście tak jest w życiu? Sami się przekonajcie.

Ta historia zaczyna się w miejscu, w którym większość szczęśliwych opowiadań się kończy. 31 lipca 1889 roku dwoje młodych ludzi staje przed ołtarzem paryskiego kościoła Saint-Germain-des-Prés, by ślubować sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Oboje mieszkają w stolicy i pochodzą z wyższej burżuazji. Ona ma 23 lata. Wychowana w bardzo katolickiej rodzinie, odebrała wszechstronne wykształcenie – zaskakujące u kobiety na tle opoki. Pasjonuje się literaturą, studiuje języki obce, zna się na sztuce i kocha muzykę Wagnera. On jest o pięć lat starszy. Urodził się w stolicy Szampanii, Reims. Również pochodzi z tradycyjnej rodziny, chodził do katolickiej szkoły i, jak wielu rówieśników, w czasie studiów medycznych w Paryżu stracił wiarę. Imponowali mu wybitni profesorowie, manifestujący materializm i podsuwający wychowankom cały bagaż antyreligijnych argumentów. Medycyny nie wybrał dla niej samej. Od lat interesuje się geografią i marzy mu się kariera w koloniach, do czego przepustką ma być dyplom lekarski. Stosunkowo szybko zdobywa popularność jako dziennikarz – specjalista od kolonializmu. To wtedy spotyka przyszłą żonę. Zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. On się zachwyca jej kulturą, ona znajduje w nim partnera do rozmów, traktującego poważnie jej zdanie. Po roku biorą ślub.

Jest tylko jedno „ale”. W przeddzień radosnej uroczystości mężczyzna wyznaje narzeczonej, że jest ateistą. Dla dziewczyny to szok. Czy już wtedy pojawiają się dwie snute w skrytości serca misje? Ona postanawia nawrócić męża. On nie pojmuje, że tak światła kobieta może hołdować naiwnej pobożności. Wystarczy jednak kilka poważnych rozmów, a na pewno mu się uda przekonać ją do porzucenia iluzji. Jedno na pewno dominuje: ogromna miłość między nimi. Jeśli historia Elżbiety i Feliksa Leseurów będzie miała szczęśliwe zakończenie, to właśnie dlatego, że ta miłość była dla nich zawsze najważniejsza.

W zdrowiu i chorobie

Miesiąc miodowy w Nadrenii i Luksemburgu szybko się kończy. Jako lekarz w stanie rezerwy Feliks musi się stawić na miesięczne ćwiczenia w garnizonie stacjonującym pod Reims. Dla Elżbiety to okazja, żeby się zaprzyjaźnić z rodziną i przyjaciółmi męża, szczególnie z teściową, z którą przez lata zbuduje szczególną więź. Szczęście i beztroska nie trwają długo. Po miesiącu młoda małżonka zaczyna niedomagać. Nie są to jednak pierwsze symptomy spodziewanej ciąży. Ból z dnia na dzień się nasila i paraliżuje ją. Miejscowi lekarze podejrzewają ropień jelitowy – schorzenie, które przed wynalezieniem antybiotyków często kończyło się śmiercią. Paryscy profesorowie również nie dają dużych szans. Chorobę da się wprawdzie opanować na jakiś czas, ale jej nawroty będą towarzyszyć kobiecie do końca życia.

Ta sytuacja wywraca do góry nogami ich plany i marzenia. Elżbieta nie będzie mogła mieć dzieci. W tych nielicznych miejscach, w których daje upust swoim emocjom, widać, jak bardzo cierpi z tego powodu. Swoją macierzyńską miłość przeleje na siostrzeńców i bratanków. Feliks również stoi na rozdrożu. Choroba żony, nawet jeśli z czasem uda się ją powstrzymać przekreśla marzenia o podróżach i karierze w koloniach. Właśnie w momencie, kiedy został członkiem różnych towarzystw geograficznych oraz dostał posadę redaktora w prestiżowym dzienniku „La République française”. W środowisku społecznym, w którym wierność co najwyżej stanowi przedmiot wodewilowych żartów, Feliks staje przed realnym wyborem. Zostaje z Elżbietą. Bo ją kocha.

W 1895 roku rodzinie Elżbiety nadarza się okazja, by odwdzięczyć się Feliksowi za jego poświęcenie w opiece nad chorą. Starszy krewny przechodzi na emeryturę i zwalnia się stanowisko w dyrekcji jednego z największych towarzystw ubezpieczeniowych, Conservateur. Leseur będzie piastował tę funkcję do końca życia zawodowego.

Pani domu

Zabiegi lekarzy z czasem przynoszą pożądany skutek. Małżonkowie korzystają z tego, by podróżować – najpierw po Francji, a później dalej. Odwiedzą dwukrotnie Rzym, Niemcy, Austrię, Belgię, Rosję, a nawet Maroko. Ukochanym miejscem pozostanie jednak położone w Jurze Jougne, gdzie Leseurowie zbudują dom letni – przez lata wakacyjne ustronie dla całej rodziny.

Poprawa zdrowia to również powrót do życia towarzyskiego. Małżonkowie chętnie chodzą do opery, teatru oraz na koncerty i wystawy. Elżbieta jest piękną, zadbaną kobietą. Umiejętnie maskuje oznaki choroby. Jest oczytana, inteligentna – rozmowa z nią sprawia przyjemność każdemu w salonie. Feliksowi pochlebia popularność żony.

Nasi bohaterowie prowadzą dom otwarty, przez który przewijają się dziennikarze, politycy, artyści – w większości znajomi z pracy i przyjaciele męża. Wszyscy się tu dobrze czują. Pani domu każdego słucha, z każdym znajdzie temat do dyskusji, każdemu okaże serce, niezależnie od poglądów. Feliks ma nadzieję, że to pierwsze oznaki jej „nawrócenia”. Nie polemizuje z wolnomyślicielami, spotyka się z ich żonami ateistkami. To przecież niemożliwe, by obcowała w takim świecie i zachowała dziecinne wierzenia!

Nawracanie

Powrót do zdrowia to również okazja, by każde z małżonków kontynuowało swoją misję nawracania drugiego. Feliks wprowadza małżonkę do środowiska antyklerykalnego. Ogranicza jej kontakty z katolickimi przyjaciółmi. Podsuwa żonie obrazoburcze lektury, uszczypliwe uwagi przemyca w formie żartu. Zobowiązania towarzyskie nie pozwalają jej uczestniczyć w codziennej mszy świętej. Rekolekcje zastępują koncerty i wernisaże. Mężczyzna specjalnie zaprasza gości w piątki, by Elżbieta zmuszona była podawać im mięso i rezygnować z postu. Wobec braku jej protestów Feliks jest przekonany, że wszystko zmierza w najlepszym kierunku.

Elżbieta bardzo szybko porzuca myśl o nawracaniu męża argumentami. Wie, że doprowadzi to jedynie do kłótni. Jest przekonana, że pierwsze i podstawowe powołanie, w którym ma się uświęcać, to powołanie do bycia dobrą żoną. Choć wiara ich dzieli, łączy ich nieprzeciętna miłość. Zatem to na niej trzeba wszystko oprzeć. To w jej imię cicho znosi krzywdzące uwagi. W jej imię rezygnuje z rekolekcji i spotkań, na które miałaby ochotę. Jeśli jej wiara nieco na tym etapie podupada, to jedynie po to, by dojrzeć – stać się świadomym wyborem. Czyta antyreligijne książki Feliksa, zaprzęgając całą swoją inteligencję w skrupulatną krytykę ich argumentacji. Wszystkie cierpienia – i cielesne, i duchowe – ofiarowuje w intencji nawrócenia męża i jego przyjaciół, których szczerze lubi i tym bardziej się za nich modli. Otwartość i przyjaźń, które każdemu oferuje, nie sprowadzają się do obycia towarzyskiego, ale wynikają z przykazania miłości bliźniego.

Wyjątkowość domu Leseurów widać szczególnie w kontekście epoki. Ostatnie lata dziewiętnastego i początek dwudziestego stulecia to okres ogromnych napięć między katolikami a ateistami we Francji. Materializm jest w modzie. Antyklerykalizm przeziera z głównych dzienników. Kiedy w 1905 roku zostanie ogłoszona słynna ustawa o laickości III Republiki, towarzyszyć jej będzie przejmowanie własności kościelnych przez państwo, zamykane będą klasztory, a zakonnicy zostaną zmuszeni do emigracji. Z drugiej strony, środowiska katolickie zwierają szeregi. Tożsamość chrześcijańska budowana jest na zasadzie opozycji i sprzeciwu wobec modernizmu, liberalizmu i coraz bardziej popularnych ruchów lewicowych. Społeczeństwo zostaje ostro podzielone, czego przypieczętowaniem będzie afera Dreyfusa. Dom Leseurów stoi na granicy dwóch światów.

Wrażliwość

Spośród wielu cech Elżbiety na pierwsze miejsce wysuwa się jej niesamowita wrażliwość na drugiego człowieka. Nic dziwnego, że znajomi męża powierzają jej swoje troski i dylematy. Większość z nich jest niewierząca. Zachowała się bogata korespondencja, która daje szansę wglądu w prostotę, z jaką kobieta opowiada o Bogu tym, którzy otwarcie Go negują. Nikogo nie nawraca, nie przekonuje. Słowa pocieszenia, porady, zachęty przeplata świadectwem swojego życia. Tłumaczy, w jaki sposób wiara pomaga jej przetrwać ciężkie chwile, w jaki sposób wpływa na jej postępowanie i podejmowanie trudnych decyzji. W epoce, gdy jedni na drugich napadają i nikt nie ma dla przeciwnika ani jednego dobrego słowa, listy Elżbiety są dla tych ludzi nieprzeciętnym znakiem łagodności, którą niesie Ewangelia. Autorka nie wchodzi nigdy na płaszczyznę ideową. Wiara nie jest dla niej opcją polityczną, ale czymś nierozerwalnie związanym ze sposobem życia, siłą, która popycha ją w stronę miłości bezwarunkowej i bez granic. Feliks nawet się nie domyśla, o czym jego żona pisze w listach z przyjaciółkami wolnomyślicielkami.

Tę wrażliwość widać również w innym epizodzie jej życia. W 1909 roku, w drodze do Jury, małżonkowie zatrzymują się na kilka dni w Burgundii. Zwiedzają słynny szpital w Beaune – wzniesiony w XV wieku klejnot architektury francuskiej. Zaglądają też na oddział chorych. Tam Elżbieta zauważa ośmiolatkę Marie. Wdaje się z nią w rozmowę i pyta, czym mogłaby jej sprawić trochę radości. Mała bardzo ucieszyłaby się z pocztówek z ładnymi obrazkami. Gdy Elżbieta wychodzi, dziewczynka z podnieceniem opowiada opiekującej się nią siostrze Marie Goby o miłej pani i obiecanych widokówkach. Zakonnica studzi jej zapał: Ludzie w podróży dużo obiecują, a potem łatwo zapominają. Niech się za wiele nie spodziewa. Jakież jest jej zdziwienie, gdy wkrótce do szpitala zaczynają regularnie przychodzić kartki z kolejnych miejsc, które Elżbieta odwiedza. Te pocztówki z krótkimi słowami wsparcia i nauki wysyła aż do śmierci dziewczynki. Później kontynuuje korespondencję z zakonnicą.

Śmierć

Śmierć nie opuszcza rodziny Leseurów. Kilka tygodni po ślubie umiera ojciec Elżbiety. Wszystkich przejmuje śmierć jej siedmioletniego bratanka oraz młodszej siostry Juliette, która umierając, zapowiada ze spokojem Feliksowi, że pewnego dnia się nawróci, a po śmierci żony zostanie księdzem. Mężczyzna czuje się nieco zażenowany tymi słowami. Ale zaprzestał już nawracania żony. Widzi, że religia przynosi jej otuchę w trudnych doświadczeniach. Jak mógłby jej tego odmówić? Sam idzie po księdza, by udzielił ostatniego namaszczenia szwagierce.

Wiosną 1911 roku stan zdrowia Elżbiety się pogarsza. Diagnoza: rak piersi. Operacja i naświetlanie kończą się pozytywnie. Kobieta zyskuje dwa kolejne lata życia. W 1913 roku małżeństwo musi przerwać służbowy wyjazd do Gandawy. Cierpienie po raz kolejny paraliżuje Elżbietę. Po powrocie do Paryża usłyszą wyrok: przerzuty. Nie ma ratunku. Zostało kilka miesięcy.

W tym ostatnim okresie wszystko inne traci dla Feliksa znaczenie. Spędza z żoną każdą wolną chwilę. Dopóki starcza jej sił, spacerują po Polach Elizejskich. Trzyma ją za rękę, przytula, gdy słabnie. Prowadzi do kaplicy. Później zaprasza do domu księdza. Ona robi wszystko, by oszczędzić mu cierpienia i łez. Drobnymi znakami, na które jeszcze ją stać, wyraża swoją wdzięczność. Okazuje czułość. Pokazuje, jak bardzo go kocha. Przeżyli razem dwadzieścia pięć lat. 3 maja 1914 roku, o dziesiątej rano Elżbieta Leseur umiera.

Dziennik

Feliks pogrąża się w żałobie i beznadziei. Każdy mebel, każda książka w gromadzonej wspólnie bibliotece przypominają mu o ukochanej żonie. Mężczyzna nie wierzy w życie po śmierci. W sekretarzyku znajduje testament duchowy – list, w którym Elżbieta po raz kolejny zapewnia go o miłości i dziękuje Bogu, że miała szczęście dzielić z nim życie. Słowa te jeszcze bardziej pogłębiają poczucie pustki i bezsensu.

Siostra Elżbiety, Amelia Duron, zaniepokojona stanem szwagra zaprasza go często do swojego domu. Któregoś dnia wręcza mu bezcenną relikwię – pamiętnik, który siostra powierzyła jej przed śmiercią. Mężczyzna bierze do ręki trzy oprawione w skórę zeszyty i zaczyna czytać. Odnajduje bezbłędny styl i kaligrafię żony. Czyta dzień po dniu historię ich małżeństwa od 1899 roku i ze zdumieniem poznaje ukryte życie zmarłej: jej modlitwy, cierpienie duchowe, gorącą troskę o nawrócenie męża. Słowa te stają się dla niego wielkim wyrzutem sumienia. Tak mało ją rozumiał! Tak bardzo ranił jej wrażliwość swoimi ironicznymi wypowiedziami o wierze. Był źródłem utrapień osoby, którą kochał. Życie by oddał, by uczynić jej chorobę lżejszą. Tymczasem sam dokładał jej ciężarów.

Przez kolejne tygodnie każdy dzień wypełnia mu ten sam rytuał: spacer na grób żony i czytanie od nowa jej zapisków. Przyjaciele są zaniepokojeni. Trzeba zrobić krok do przodu, znaleźć sobie kogoś nowego, odzyskać radość życia. Jeden z nich proponuje Feliksowi podróż, by nieco zmienił otoczenie. Ofiaruje swój samochód i daje pełną swobodę decyzji, gdzie pojadą. Odbywają podróż dookoła Francji. Odwiedzają miejsca ważne dla Elżbiety: Czarną Madonnę w Rocamadour i sanktuarium Serca Jezusowego w Paray-le-Monial. Feliks ma wrażenie, jakby towarzyszyła mu obecność ukochanej. Racjonalny do szpiku kości, nie poddaje się emocjom, tłumacząc je rozchwianiem po stracie żony. Ale z każdym dniem poczucie obecności Elżbiety się w nim potęguje, aż staje się pewnością.

Mąż zakonnik

3 sierpnia Niemcy wypowiadają Francji wojnę. Zawierucha zapędza Feliksa do Bordeaux. Odwiedza przyjaciół Elżbiety i czyta im fragmenty jej pamiętnika. Są zachwyceni. Namawiają go do ich wydania. Jako wierzący w słowach zmarłej znajdują inspirację do życia Ewangelią w małżeństwie, znoszenia cierpień, wchodzenia w dialog z wrogim chrześcijaństwu światem. Stamtąd wybiera się do Lourdes, tak drogiego Elżbiecie. Nie wie za bardzo po co. Miotają nim sprzeczne myśli. Poruszony wiarą pielgrzymów pada na kolana i ze łzami w oczach modli się do Maryi o łaskę wiary dla siebie.

Po powrocie do Paryża zaczyna regularnie chodzić do kościoła. Przyjaciel umawia go na spotkanie z dominikaninem, ojcem Janvierem z którym odtąd będzie odbywał długie rozmowy o wierze. Pod jego wpływem wstąpi do trzeciego zakonu dominikańskiego.

Jedna myśl nie daje mu jednak spokoju. Siostra Elżbiety zapowiedziała mu, umierając, że zostanie księdzem. Czy to możliwe? Czy to nie szaleństwo? Ma już ponad 50 lat. Bliscy odradzają tę drogę. To normalny zapał neofity, ale trzeba zachować zdrowy rozsądek. Dużo dobrego może zdziałać jako osoba świecka. Przed nim zadanie wydania i propagowania pism żony. W kolejnych latach powołanie się jednak umacnia. Nie bez wątpliwości ze strony przełożonych ostatecznie zostaje przyjęty do nowicjatu dominikanów. Surowe warunki stanowią spore wyzwanie dla przyzwyczajonego do luksusów dyrektora towarzystwa ubezpieczeniowego. Współnowicjusze mogliby być jego synami. W dniu święceń kapłańskich Feliks ma 62 lata.

Jego misja po święceniach bardzo szybko się krystalizuje. Przed wstąpieniem do zakonu wydał trzy tomy pism żony, które zdobyły ogromną popularność. Przetłumaczono je na kilkanaście języków. Co miesiąc przychodzą setki listów, na które wzorem Elżbiety regularnie odpisuje. Przełożeni zachęcają go, by kontynuował to dzieło. Jeździ nie tylko po Francji, ale i po całej Europie z konferencjami na temat żony, której popularność przerasta wszelkie oczekiwania. Ostatnie lata spędzi na przygotowaniu materiałów do jej beatyfikacji. Starania przerwie wybuch drugiej wojny światowej. W końcu zda sobie sprawę, że nie doczeka już samej beatyfikacji. Tym skrupulatniej spisuje swoje wspomnienia i zbiera dokumenty. Umiera 25 lutego 1950 roku.

Przede wszystkim miłość

Zastanawiam się, co stanowiło klucz do sukcesu Elżbiety. Tyle rodzin żyje podzielonych wiarą. Czasem różnice nie są tak radykalne, a jednak tematy religijne stanowią jedynie źródło utyskiwania na drugą osobę i desperacji, że mimo wysiłku mąż czy żona nie wierzy albo inaczej przeżywa wiarę. Elżbieta Leseur nie próbowała nawracać Feliksa argumentami, nie sprzeczała się z nim na temat Kościoła. Istotę swojego powołania widziała w byciu dobrą żoną. Była przekonana, że jest to pewna droga do świętości. Nie chciała nawrócić męża za wszelką cenę. Wierzyła Bogu, to znaczy ufała Mu, że ukochany do Niego wróci wtedy i w taki sposób, jak Bóg będzie tego chciał. To On, a nie ona, jest Zbawicielem. Przede wszystkim jednak myślę, że Elżbiecie się udało, bo ponad wszystko kochała swojego męża. Wierzyła święcie, że ta miłość jest od Boga i jeśli będzie jej strzec, Feliks w niej Go odnajdzie.|

O wznowionym kilka lat temu procesie beatyfikacyjnym Elżbiety Leuseur można się dowiedzieć więcej na stronie: www.elcause.org.

W Nowym Roku przełamaliśmy się białym opłatkiem, który symbolizuje dzielenie się naszym połamanym życiem. Przy dźwiękach gitary, wspólnym anielskim kolędowaniu, pobrzmiewaniu ciepła życzeń i życzliwych słów podzieliliśmy się czasem przeżytych świąt i tym, co wydarzyło się w naszym życiu dla nas ważnego od ostatniego spotkania. 🙂 Spożyliśmy Wspólnotową Wieczerzę. 🙂

 

Zapraszam serdecznie na  spotkania w Nowym Roku, które odbędą się 8 i 22 stycznia. Rozpoczniemy tradycyjnie Mszą Św. o godz. 18:30, a następnie przejdziemy do salki na starej plebanii.

W dniu 20 listopada w parafii Św. Mikołaja Biskupa w Gdyni odbyło spotkanie na temat Bożego Narodzenia w relacji do żydowskiego święta Chanuka. Wydarzenie to połączyliśmy z naszym ogniskowym spotkaniem. Link do wydarzenia poniżej.

Był to niezwykły czas spotkania z Żydem, który będąc ateistą stał się wyznawcą Jezusa Chrystusa. Niezwykłe świadectwo jego życia pokazuje, jak Bóg potrafi znaleźć człowieka wszędzie i jak na każdym z osobna wyjątkowo Mu zależy. Jak w niepowtarzalny i zaskakujący sposób potrafi przygarnąć do Swojego Miłującego Serca każdego, bez względu na płeć, wyznanie, narodowość, wiek, aby zjednoczyć wszystkich w Jednej Owczarni- Jego Owczarni.

Na kolejnym spotkaniu rozważaliśmy Słowo Boże :

„Oto twoi uczniowie czynią to, czego nie wolno czynić w szabat”. A On im odpowiedział: (…) 

„Gdybyście zrozumieli, co znaczy: chcę raczej miłosierdzia niż ofiary, nie potępialibyście niewinnych” Mt 12,1-2.7

Zapraszam serdecznie na kolejne nasze spotkania, które w miesiącu listopadzie odbędą się w dniu 6 i 20.  Najpierw zapraszam na Mszę Św.  o 18:30, a potem spotkanie w salce starej plebanii.

Bożego listopada 🙂

Kolejne spotkanie przyniosło nam kolejne pytania o nasze życie. Jakie lęki mam w sobie, które blokują mnie w rozwoju? Co nie pozwala nam żyć w wolności chrześcijańskiej? Jakie więzy z przeszłości nas ograniczają, jakie przekonania…

 

Był sobie mały chłopiec, który bardzo lubił chodzić do cyrku. Kiedy tylko do jego miejscowości przyjeżdżali cyrkowcy, zawsze prosił tatę albo mamę, żeby kupili mu bilet i żeby z nim poszli. Najbardziej lubił w tym cyrku oglądać wielkie słonie, dlatego, że robiły na nim ogromne wrażenie. Wzbudzała w nim absolutny podziw ich potęga, ich majestatyczność, ich wydawałaby się władza nad wszystkimi wokół. Zawsze lubił oglądać i zawsze lubił czekać na wszystkie występy słoni. Pewnego razu bardzo się zdziwił, gdy wychodząc z namiotu cyrkowego, kiedy zobaczył w zagrodzie, tuż obok namiotu, słonia, którego wcześniej widział występującego na arenie cyrkowej. Słonia przywiązanego niezbyt grubym sznurkiem do bardzo małego palika w ziemi, takiego drewienka, które było wbite. Chłopiec bardzo się zdziwił, dlaczego ten słoń nie wyrwie tego palika i dlaczego nie ucieknie, przecież jest tak potężny, jest tak silny. Zaczął pytać różnych ludzi, którzy pracowali w cyrku, swoich rodziców, kolegów, jak to jest możliwe, że słoń nie ucieka. Nikt nie potrafił mu sensownie odpowiedzieć, poza jedną odpowiedzią, która wydawała mu się na początku sensowna, ale potem zrozumiał, że to jednak nie tak. Dlatego, że powiedziano mu, że słoń jest tresowany i dlatego nie ucieknie. Ale wtedy chłopiec sobie pomyślał, że skoro jest tresowany, to po co go w ogóle przywiązywać, skoro i tak jest wytresowany, że nie ucieknie, więc nie mógł znaleźć odpowiedzi. Któregoś razu spotkał takiego bardzo starego człowieka, który sprzedawał bilety do tego cyrku i jego zapytał, czy on może coś wie na ten temat, dlaczego słoń nie wyrwie tego palika i nie ucieknie. Otóż ten starzec mu odpowiedział: Widzisz bo ten słoń, kiedy był bardzo malutki, to od samego dzieciństwa, od niemowlęctwa, od urodzenia był przywiązywany do tego palika. I mówi: Kiedy był mały, to ten palik był dla niego bardzo, bardzo silny i ten sznur też był bardzo silny. Ten stary człowiek opowiadał, że widział, tego małego słonika, który próbował codziennie z ogromną siłą wyrwać się z tego palika. Dzień w dzień, męczył się całe dnie, padał ze zmęczenia, spał kilka godzin, wstawał i znowu próbował wyrwać ten palik i w końcu doszedł do wniosku, że nie da rady. Próbował przez tyle dni, że wiedział, że go to przerasta, że to jest zbyt duża więź, zbyt duża siła w tym paliku i w tym sznurku, żeby się wyrwać i słonik przestał próbować. Mówi: Teraz, kiedy jest duży, już nie próbuje, dlatego, że ciągle pamięta, że ten palik jest nie do wyrwania. Już nawet nie próbuje włożyć jakiejkolwiek siły w te ruchy, które mogłyby go z tego wyrwać, dlatego, że w jego sercu jest pamięć o tym, że próbował godzinami i latami i to się nie udawało. Teraz już nie próbuje.

 

Może w Twoim życiu, kiedyś bardzo dawno temu, ktoś wbił taki palik i do czegoś Cię uwiązał. Może próbowałeś/może próbowałaś latami wyrwać się z takiej więzi i w końcu coś Cię przekonało, albo Ty sam, albo ktoś, że to jest ponad Twoje siły. Minęło już dużo czasu. Jesteś już bardzo dużym słoniem. Może trzeba po raz kolejny spróbować, bo ten palik nie jest taki wielki, jak Ci się wydaje.

Kochani,

Życzę wszystkim wspaniałych urlopów z Bożym błogosławieństwem.

Wypoczętych zapraszam na pierwsze spotkanie po wakacjach, które tradycyjnie rozpoczniemy Mszą Św., a następnie spotkamy się i podzielimy powakacyjną radością. 🙂

Strumień Boży 

Moja sprawiedliwość ma być większa niż tych, którzy nie są uczniami Jezusa, bo ma zawierać w sobie miłość do człowieka. W tej sprawiedliwości nie ma osądzania drugiego i wskazywania jego wad i przewin, ale jest nieustanne przyglądanie się sobie samemu: na ile to moje postępowanie nastawia przeciwko mnie drugiego człowieka.

Bo nawet, gdy ktoś mnie krzywdzi, może być w tym element i mojej winy: że w odpowiednim czasie nie powiedziałam „przestań!”, że nie zakreśliłam właściwych granic.

Moja sprawiedliwość ma być na wzór sprawiedliwości Bożej. A On nie chce śmierci grzesznika, ale by się nawrócił i miał życie.

Dlatego nieustannie nawiedza nieurodzajną glebę mego serca, nawadnia jej bruzdy, wyrównuje skiby, spulchnia i błogosławi. On wie, że twarda gleba grzechu i egoizmu nie przyjmie wody miłości i miłosierdzia. Wie, że musi zostać „uprawiona” cierpieniem, poznaniem własnej małości i słabości.

Dopiero, gdy strumień Bożej miłości rozleje się w mojej duszy, pojawia się plon i obfity urodzaj dobrych uczynków i pokoju serca.

Wykłady ks Marka Dziewieckiego

” Karykatury Chrześcijaństwa”
http://dfdkalisz.jezuici….php?id=3&sid=17

O HALT
http://www.youtube.com/wa…feature=related

Kolejne nasze spotkanie odbyło się dnia 22 maja. Dzieliliśmy się swoimi doświadczeniami, jak w naszym życiu łatwo przychodzi nam strach, smutek, a jak ciężko skupić nam się na radości i tym, co daje nam Bóg.

 

Posiłek dla diabła

Pewnego dnia diabeł był głodny. Zabrał więc ze sobą worek i wybrał się na polowanie dusz.
Miał apetyt na wyśmienity kąsek. Usadowił się więc między gałęziami liściastego drzewa, które rosło naprzeciw okna pewnego dobrego człowieka i czekał.
Dzień dobrego człowieka był jednak przejrzysty jak kryształ i przebiegał na modlitwach, wypełnianiu dobrych uczynków i szlachetnych myślach. Ani jednego odstępstwa od tej zasady. Apetyt diabła rósł coraz bardziej.
Obawiał się jednak, że nie będzie mógł tutaj nic zdziałać. Aż pewnego dnia, kiedy przypatrywał się tej białej jak śnieg duszy, spostrzegł, że i ona, podobnie jak wszystkie inne, ma jedno malusieńkie pęknięcie. Otóż każdego wieczoru człowiek pojawiał się w oknie i zachwycając się zachodzącym słońcem, pogrążał się przez moment w melancholii i smutku.
Diabłu wystarczyło to w zupełności.
Skupił całą swoją energię na tej chwili; wydrążył ją, rozszerzył i kiedy stała się już dostatecznie obszerna i pusta, wlał do niej wszystkie swoje wypróbowane mikstury: najpierw strach, potem niepewność, a na koniec desperację.
Teraz wystarczyło mu już tylko sięgnąć ręką, aby mieć wspaniałą kolację.

 

 

Podczas kolejnego spotkania poruszyliśmy temat błogosławieństwa i przekleństwa oraz tego, jak ważne jest to, co wypowiadamy, co często wydaje nam się nic nieznaczącymi słowami, rzuconymi ot tak, bez namysłu… A słowo może zabić albo uratować życie…

O sklepiku i supermarkecie

Ubogi Żyd, właściciel sklepiku, wyznał zmartwiony rabinowi swoje obawy i kłopoty. Oto dokładnie naprzeciwko jego „interesu” powstał wielki supermarket, czyli potężna konkurencja, której nie wytrzyma mały sklepik. Od lat należy ten kantorek do naszej rodziny – tłumaczył i jeżeli stracę klientów, oznacza to dla mnie kompletną ruinę, gdyż do niczego innego się nie nadaje.
Rabin słuchał uważnie, a potem odezwał się z namaszczeniem:
– Jeżeli boisz się właściciela supermarketu, będziesz go nienawidził. I właśnie nienawiść stanie się twoją ruiną!
– Co mam więc robić? – zapytał zrozpaczony sklepikarz.
– Każdego ranka wychodź na chodnik – odpowiedział mistrz i błogosław swemu „interesowi”, aby dobrze prosperował. Potem odwróć się i błogosław tak samo sklep naprzeciwko!
– Co?! – nie wytrzymał kupiec – mam błogosławić swego konkurenta i niszczyciela?
– Każde błogosławieństwo – tłumaczył uczony mąż – jakie dzięki tobie stanie się jego udziałem, powróci do ciebie. Ale i wszelkie zło, jakie ściągniesz na niego, wróci do ciebie i zniszczy cię doszczętnie.
Za pół roku zjawił się ten sam sklepikarz, aby rabinowi donieść, że rzeczywiście jak przewidywał musiał zwinąć swój „interes”, ale teraz jest dyrektorem supermarketu i powodzi mu się lepiej niż przedtem!

„Musimy nauczyć się żyć jak bracia,
jeśli nie chcemy zginąć razem jak szaleńcy.” (Martin Luther King)

Spotkanie przeprowadziliśmy w formie uczty Agape i poruszyliśmy temat przyjaźni. Najpiękniej o przyjaźni mówi Bóg, więc wybór tekstu do rozważenia był oczywisty.

 

Prawa przyjaźni z Chrystusem
12 To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. 13 Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. 14 Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. 15 Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. 16 Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. 17 To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali.  (J 15.12-17)

Na spotkaniu dzieliliśmy się swoimi odczuciami w temacie następujących tekstów:

Jak siebie samego

Co to znaczy: „miłować bliźniego swego jak siebie samego”? Nigdzie nie czytamy: kochaj bliźniego jak swojego anioła, swoją anielicę, tylko: kochaj jak siebie samego. Kiedy kochamy samych siebie? Nie wtedy, kiedy siebie wychwalamy, skarżymy się, że nikt nie zwraca na nas uwagi, że nas krzywdzą, ale wtedy, kiedy uświadamiamy sobie, że jesteśmy grzesznikami, uświadamiamy sobie swoje wady. Kocham samego siebie, jeżeli liczę na Pana Boga, na lekarstwa z Bożej apteki, sakramenty święte, dzięki którym mogę się oczyścić, ochronić, i kiedy czuję, że Bóg jest miłosierdziem i tylko na Niego mogę postawić, bo mnie kocha.
Kochać bliźniego to znaczy widzieć w nim grzesznika, takiego jak ja. Jego też, jak i mnie, może uratować miłość i opieka Boża. On też, tak jak i ja, ma położyć się w klinice Bożej, aby leczono go po Bożemu.
Jeśli w bliźnim widzę grzesznika, który tak jak i ja może liczyć tylko na miłosierdzie Boże i pomoc, to znaczy, że kocham bliźniego jak siebie samego.

Ks. Jan Twardowski
 

„Tylko Duch, jeśli tchnie na glinę może stworzyć człowieka”.
Antoine de Saint-ExupéryZiemia, planeta ludzi

Na kolejnym spotkaniu dnia 23 stycznia dzieliliśmy się swoimi przemyśleniami na temat poniższego tekstu:

Lustro

W dalekim kraju wśród pięknych ośnieżonych górskich szczytów mieszkał pewien człowiek. Dawno temu opuścił miasto, w którym pracował jako profesor na uniwersytecie. Był przez wszystkich szanowany i doceniany jako fachowiec, mimo to nie czuł się szczęśliwy. Po jakimś czasie postanowił zostawić swoją pracę, sprzedał dom, w który mieszkał i udał się w góry, abym tam z dala od cywilizacji podziwiać piękno przyrody i pisać wiersze. Pisanie sprawiało mu wielką radość. Z dala od zgiełku ulic i dymiących kominów czuł, że jest bliżej natury i bliżej Boga. Tam odnalazł swoje szczęście. Wreszcie robił to, o czym marzył.
Do jego chaty rzadko zaglądali ludzie, czasem tylko jacyś zabłąkani turyści, którzy zboczyli z górskiego szlaku, prosili go o nocleg. Jednak rano skoro tylko pierwsze promienie słońca wyjrzały zza górskich szczytów – udawali się w dalszą drogę.
Po kilku latach takiego mieszkania w odosobnieniu, mężczyzna odczuł głęboko potrzebę udania się do miasta. Długo walczył z tymi myślami, w końcu postanowił się tam udać. Wyjął z komody resztki pieniędzy, które pozostały mu jeszcze z czasów, gdy był profesorem na uczelni i poszedł do miasta. Tam na jednym ze straganów kupił sobie lustro, chciał bowiem wiedzieć jak wygląda, a w chacie, w górach nie posiadał tego przedmiotu. W mieście zabawił zaledwie kilka godzin i pośpiesznie wrócił w góry.
Od ostatniej wędrówki do miasta codziennie rano bohater przeglądał się w lustrze, chcąc wiedzieć jak wygląda.
Minęło kilka miesięcy i mężczyzna znów poczuł ochotę na to, by udać się do miasta. Ruszył więc ponownie w drogę, którą pokonywał wcześniej.
Tym razem nie robił zakupów. Przechodząc ulicą spotkał jednego ze swoich kolegów, który też był profesorem na uniwersytecie. Opowiedział mu o tym, że kilka miesięcy temu kupił lustro, aby wiedzieć jak wygląda. Znajomy profesor popatrzył na niego i rzekł:
– Jeśli chcesz wiedzieć naprawdę kim jesteś, nie patrz w lustro, ono pokaże tylko twoje ciało. Patrz na wyraz twarzy człowieka, który z tobą rozmawia. Wtedy ujrzysz swoje wnętrze, i to kim naprawdę jesteś.

Dzięki Woli Bożej mamy nareszcie zaszczyt i możliwość oficjalnego otwarcia Ogniska Wiernej Miłości w Gdyni. Serdecznie wszystkich zapraszam w imieniu własnym, naszego Księdza Proboszcza i Trójmiejskich Sycharków na tę uroczystość w dniu 10.12.2016r. na godzinę 10:00. Najpierw powierzymy Bożej Opiece nasze Ognisko na Mszy Świętej w Kościele pw. Św. Mikołaja w Gdyni (godzina 10:00) w Dolnym Kościele, mieszczącego się przy ul. Św. Mikołaja 1. Po uczcie duchowej zapraszamy wszystkich na ucztę dla ciała.

Z Panem Bogiem

Kronika